Zobacz Śląsk!
 Zobacz Śląsk! > Wrocław > "Mój..." > GDZIE WSZYSTKO PŁYNIE
"Mój Rybnik"
  • Wrocławski Dzwon Grzesznika
  • Gdzie wszystko płynie
  • Pale Wrocław

  • Napisz o Wrocławiu!
    Nie ważne czy mieszkasz we Wrocławiu od urodzenia, czy życie przywiodło Cię tu niedawno, albo przeniosło stąd w inne, nawet bardzo odległe strony! Nie ważne jest czy Twoja rodzina jest rdzennie śląska lub spoza Śląska! Nie ważne jest Twoje wyznanie, ani narodowość, ani wiek, ani czy masz jakąkolwiek wiedzę o historii miast! Jeśli tylko mieszkasz tutaj, albo jakaś cząstka Ciebie uznaje to miejsce za swoje, podziel się swoją historią!!! Napisz o swoim mieście lub dzielnicy, o swoim dzieciństwie i dorosłości we Wrocławiu!   więcej
    Wrocław w ZŚ!
    I Ty pomóż w tworzeniu serwisu Wrocławia w Zobacz Śląsk!

    Gdzie wszystko płynie
    Łukasz Medeksza (Wrocław)

    Gdzie nie spojrzeć, tam woda. Gdzie się nie ruszyć, tam trzeba przejść przez most. Nie dziwota, że takiemu miejscu patronuje iście "wodny" św. Jan Chrzciciel.

    W lipcu 1997 r. woda krzyknęła: "Oto jestem!". Pod moim domem zaległa nocą cisza. Na całe dwie doby. Żadnych przejeżdżających tuż pod oknem (jak zwykle) autobusów, żadnych samochodów. Nic. Tylko plusk wody. Gdzie okiem sięgnąć - woda. Powódź zalała pół miasta.
    Moje miejsce na ziemi okazało się ulotne. Przecież panta rhei - wszystko płynie. Nic, co doczesne, nie może być wieczne. Całkiem jak sen. Bo gdy myślę o Wrocławiu, uświadamiam sobie, że nie ma takiego podwórza, takiej dzielnicy, którą mógłbym określić w pełni i na zawsze "swoją", do której wciąż bym wracał. To raczej zbiór luźnych punktów. Co je łączy? Pamięć. Moja własna. A jeszcze bardziej - sny, w których te punkty występują.
    Związany jestem przede wszystkim z miastem jako całością. I żeby ową całość jakoś uchwycić, a następnie powiązać ze snami i pamięcią, potrzebny jest wysiłek intuicji. Oraz wyobraźni. Szczypta działań mitotwórczych. Bo cały dowcip polega na tym, by odkryć mit miasta. Odkryć go na zewnątrz i w sobie. A odkrywać można tylko żyjąc i tworząc - zatem każdy z nas jest i odkrywcą, i współtwórcą mitu. Opowieść o mieście musi więc być otwarta. Wszystko się może zdarzyć. Bo przecież wszystko płynie.

    Jest zimowa noc, wrocławski park Staszica. Wszędzie biało od śniegu. Paweł, mój kolega (imię zmienione), wraca z imprezy. Po lewej ręce ma Dworzec Nadodrze, po prawej dwa ogromne kominy elektrociepłowni. Okolica raczej nieciekawa - wszak to serce Śródmieścia. Pawłowi szumi w głowie, ale słuch go nie myli - ktoś za nim idzie. Śnieg trzeszczy, słychać łamanie leżących gałązek. Paweł nerwowo obraca się... Nikogo. Idzie dalej. Sytuacja się powtarza... Znów nikogo. W parku jest pusto. Ale z tyłu widać czyjeś świeże ślady. Paweł zaczyna uciekać. Wpada jak wicher do domu... Nazajutrz opowiada o wszystkim matce. I ona wtedy mówi mu coś, co wryje mu się na zawsze w pamięć: - W tym parku straszy. Po wojnie ruscy rozstrzelali tu grupę niemieckich żołnierzy. Ciała wrzucili do dołów i zasypali. Ludzie to widzieli. I na zawsze zapamiętali. - Potem wyglądają razem na korytarz i odkrywają, że oprócz śladów Pawła są jeszcze czyjeś. - Przyprowadziłeś do domu ducha - komentuje krótko jego matka. (Kilka lat później Park Staszica został rozkopany. Znaleziono zbiorową mogiłę niemiecką).
    Skąd tu tyle trupów? Kto zamienił Wrocław w gruzowisko? Ostatnio znany piosenkarz zaśpiewał, że Wrocław zawsze poddaje się ostatni. Może nie zawsze, ale raz tak faktycznie było. Na początku maja 1945 roku konał Berlin, Niemcy były opanowane. A Wrocław wciąż zaciekle się bronił - toż tutaj kiedyś żył i tworzył autor Deutschland, Deutschland über alles! Miasto padło dopiero 6 maja - cztery dni po Berlinie. Miejscowy zwierzchnik NSDAP, Karol Hanke, zdążył o świcie odlecieć swoim małym samolotem w nieznane. Gdzie wylądował? Czy w ogóle gdzieś wylądował? Tego do dziś nie wiadomo.
    Czas stanął w miejscu. Trzymiesięczne oblężenie Wrocławia doszczętnie zrujnowało większość zabudowań. Niemcy burzyli, by się bronić, Rosjanie i Polacy burzyli, by zdobywać. Gdy było po wszystkim, wysiedlono z miasta niemal wszystkich dotychczasowych mieszkańców (ponad 600 tysięcy osób). Na ich miejsce przybyli ludzie, którzy nigdy w tych stronach nie mieszkali, w dodatku mówili zupełnie innym językiem i mieli zupełnie inne obyczaje. To oni przywracali rumowiska życiu. Pamiętali jednak, że nie są u siebie. - W każdej chwili mogą wrócić Niemcy! - przekonywali się nawzajem. I wzdychali za naprawdę swoimi rodzinnymi stronami. Zwłaszcza za Kresami Wschodnimi. Tę tymczasowość - od strony prawnej - przeciął dopiero układ polsko-niemiecki z grudnia 1970 roku. Republika Federalna Niemiec uznała powojenne granice Polski. I pogodziła się ze stratą Wrocławia.
    W mieście zostali ledwo jacyś pojedynczy Niemcy. Moja mama wspomina, że gdy chodziła do liceum (połowa lat 60-tych), w jej szkole funkcjonowała jeszcze osobna klasa dla młodzieży niemieckiej. Dla mnie to już jest sfera rzeczywistości wirtualnej. Chociaż nie... Był koniec lat 80-tych. Uczyłem się przez trzy lata w ogólniaku w Śródmieściu - dzielnicy niemal nietkniętej przez wojnę, wypełnionej zmurszałymi, późno-19-wiecznymi kamienicami. Kilka osób z mojej klasy pomagało społecznie jakimś starszym ludziom mieszkającym w tych kamienicach. I ktregoś dnia poszedłem z jednym z kolegów wnieść węgiel pewnej staruszce. To było dosłownie 100 metrów od Parku Staszica, w którym straszy. Sceneria, jak w filmie grozy: stara elewacja bez tynku, chałupa ledwo zipie, drewniane schody trzeszczą... Babulinka żyła w małym mieszkanku, na jakimś wyższym piętrze. I kiedy już wniśliśmy ten węgiel i się pożegnaliśmy, kolega mi powiedział, że to stara Niemka, której nie wysiedlono po wojnie z Wrocławia... Faktycznie, myślę sobie, to pasuje - ten dom, ta staruszka i jakiś wyblakły cień niegdysiejszych mieszkańców. I jeszcze te duchy w parku na dole... Udało mi się musnąć wpisaną w żywego człowieka przedwojenną przeszłość miasta.

    Niedaleko stąd, po wschodniej stronie Dworca Nadodrze (paręset metrów od parku z duchami), biegnie na pónoc droga ku Trzebnicy. Czyli obecna ul. Trzebnicka. Musiał nią przechodzić tuż po swej konwersji słynny 17-wieczny wrocławski mistyk, Anioł Ślązak (Angelus Silesius). Miał 30 lat i jeszcze kilka dni wcześniej nazywał się Jan Scheffler. Ale 12.06.1653. ochrzcił się w kościele św. Macieja (na Starym Mieście), przybierając imię Anioła. Obiecujący luteranin został żarliwym katolikiem. Tak żarliwym, że zaraz po swoim chrzcie "odprawił pielgrzymkę do Trzebnicy, jako posłaniec Boży z gorejącą pochodnią w lewej ręce, z krzyżem w prawej, z cierniową koroną na głowie i z serafickim zapałem w sercu". Szedł przez Śródmieście. I być może już wtedy układał pierwsze strofy "Cherubowego wędrowca". Dzieła, które zadedykował Bogu porównanemu do wodnej otchłani, "niewyczerpanemu zdrojowi i źródłu wszelkiej mądrości", zaznaczając, że "oddaje z powrotem tę małą kropelkę, która łaskawie wypłynęła z Jego wielkiego morza".
    Śródmieście... Oto prawy brzeg Odry (Wrocław północny). Miasto rozwijało się tu najpóźniej. Anioł Ślązak mijał jeszcze pola i chatynki. Od stu lat na ich miejscu rośnie kamienna dżungla kilkupiętrowych kamienic czynszowych z okresu gwałtownej industrializacji miasta. Nietkniętych przynajmniej od pół wieku (kto ma kasę na remonty?!). Brakuje tynków, w ścianach widnieją ślady po kulach, balkony nie raz podtrzymywane są drewnianymi żerdziami. Do pełni obrazu dodajmy labirynty małych, brukowanych uliczek. I szeptaną na ucho radę, by po zmroku raczej się tędy nie włóczyć.
    Do 20. roku życia (z kilkuletnią przerwą, gdy nie było mnie w kraju) mieszkałem z rodzicami w 10-piętrowym bloku przy ul. Pomorskiej. Tuż przy Moście Pomorskim na Odrze. Bloki w tym miejscu są trzy i wyrastają pośród morza starych kamienic. Ten odcinek Pomorskiej to sam kraniec (a może raczej początek) całej dzielnicy.
    Mieszkaliśmy na 6. piętrze. Okno mojego pokoiku wychodziło na podwórze, na zachód. Kamienice - które widziałem z góry - miałem po prawej i lewej stronie. Przede mną rozciągała się bezkresna przestrzeń z zarysami olbrzymich blokowisk zachodniego Wrocławia na horyzoncie. Tuż nad ciągiem kamienic po lewej, gdzieś na jego końcu, powiewała za PRL-u czerwona flaga. To gmach KW PZPR przy ówczesnym pl. Dąbrowszczaków (a dzisiejszym Maksa Borna) - raptem paręset metrów od mojego bloku (obecnie jest tam Wydział Fizyki uniwersytetu).
    Ale to nie czerwona flaga stanowiła dominantę widoku. Oto na prawo, w oddali, niepokoiły mnie od najwcześniejszego dzieciństwa dwa potężne kominy - wyrastające jakby z dachów kamienic, wąskie i długie, a do pewnej wysokości nawet pręgowane. O nierównej wysokości. Bił z nich dym - często na nasze okna. I mimo oddalenia, notorycznie miałem sadzę na parapecie. Te kominy to wrocławska elektrociepłownia - obiekt mojej dziecięcej fascynacji i źródło sennych lęków. Do dziś śnię o wzgórzu, zza którego dobywa się dym. Wchodzę na nie i raptem moim oczom ukazują się dwa monstrualnych rozmiarów kominy... Traf chciał, że liceum, do którego przez trzy lata chodziłem, znajduje się niemal dokładnie pod elektrociepłownią. Więcej - na basen chodziliśmy do samej elektrociepłowni, a więc dokładnie pod "moje" kominy... Ufff...
    Na podwórko nie chodziłem (chyba głównie dlatego, że w "newralgicznym" dla zawierania podwórkowych znajomości okresie nie było mnie w Polsce). Za to na przerwach w ogólniaku zwiedzałem z kolegami z klasy najciemniejszy rejon Śródmieścia - a więc właśnie okolicę elektrociepłowni. Ulice: Kaszubska, Kurkowa, Otwarta, Podwórcowa, Ptasia i z dziesięć innych. Nasz rejon. I także przestrzeń moich snów - tu zawsze wyczuwam niepokój i zagrożenie (spotęgowane bliskością kominów, ale nie tylko). Mieliśmy z chłopakami w pełni rozpracowaną mapę okolicznych piekarni, sklepów z oranżadą i cukierni (najlepsze bezy i pączki w mieście były przy samej Pomorskiej, obok szpitala). Niedaleko stąd mieszkała owa stara Niemka, której wniosłem węgiel. Nieco dalej na wschód, na linii elektrociepłowni, za parkiem z duchami stoi całkiem interesujący, choć totalnie zaniedbany, neogotycki Dworzec Nadodrze. W okolicy pełno sklepów z wódą (choć w tamtych czasach jeszcze ich nie odwiedzałem) i -ma się rozumieć- masa meneli. Od niedawna właśnie tutaj działają skłotersi z Rejonu 69 - po przymusowej wyprowadzce ze skłotu na Reja (też Śródmieście, tyle że znacznie dalej na wschód), otrzymali od miasta budynek w podwórzu ul. Jagiellończyka. To dokładnie ta sama okolica i ten sam klimat. Zobaczymy, jak się odnajdą (ale myślę, że nieźle, bo parę osób z tej ekipy chodziło do tego samego liceum, co ja, więc znają tutejszą obyczajowość).
    Spacerowałem sobie ostatnio tymi ulicami i spotkałem znajomego. Okazało się, że kupił tu rok temu mieszkanie. Otwieram szeroko oczy i pytam: - No i jak?! Jak sąsiedzi? - A on na to: - Wiesz, jest fajnie. Na pewno lepiej, niż w bloku. Ale musiałem już doprowadzić do sądowej eksmisji lokatorów jednego z mieszkań. Nie dawali mi żyć. Melina działała cała dobę.
    Dziwnie potoczyły się tu losy domofonów. Zakładano je wszędzie, jakieś 10 lat temu. Nie ominęło to także Śródmieścia. Ale oto teraz, w tej jednej dzielnicy, są całe kwartały kamienic, których bramy nie są zamykane na klucz, a domofony od dawna nie działają... Można swobodnie przemieszczać się podwórzami. Dzień i noc, bez przeszkód. Zupełnie inna mentalność, inna cywilizacja.

      |   1   |   2   |   3   |   4   |   dalej >
    ŚląskiemiastawZŚ! >dolnośl.:Bystrzyca|Kłodzko|Wrocław|Ząbkowice >górnośl.:Bytom Bielsko-Biała | Cieszyn | Chorzów | Czeski Cieszyn | Gliwice | Jastrzębie-Zdrój | Karwina Katowice | Mikołów | Mysłowice| Opawa | Opole | Ostrawa | Piekary | Pszczyna | Racibórz Ruda | Rybnik| Siemianowice | Świętochłowice | Tarnowskie Góry | Tychy | Wodzisław Zabrze | Żory  >wsie: Lasowice
    Zobacz Śląsk!



    Polecamy
  • Mysłowicki Portal
  • Katowice
  • Śląsk Wrocław
  • Autostrada A4
  • Tramwaje Śląskie
  • Trafiamy Celniej


  • Informator regionalny województwa śląskiego

    © Copyright by Zobacz Śląsk 05-08
    O serwisie | Regulamin | Współpraca | Kontakt                           Reklama | Strony WWW | Poligrafia